Mercosur 9 stycznia 2026 r. Europa i Ameryka Południowa oficjalnie „zmatchowały się” na gospodarczym Tinderze. Po 20 latach podchodów, wysyłania dwuznacznych sygnałów i kłótni o to, kto płaci za kolację, umowa Mercosur została podpisana. Mapa gospodarcza świata właśnie została przerysowana, a niektórzy czują się, jakby dostali nową zabawkę, podczas gdy inni – jakby właśnie kazano im biegać maraton w klapka
W Berlinie strzelają korki od Rieslinga. Niemieckie auta, maszyny i chemikalia wjeżdżają do Ameryki Południowej bez 35-procentowego cła. Teraz każdy gauczo na pampie będzie mógł zajechać pod dom nowiutkim Mercedesem, żeby sprawdzić, czy jego krowy są szczęśliwe. To strategiczny sukces Berlina – eksportują technologię tak chętnie, jakby jutra miało nie być.
Brazylia i Argentyna właśnie zostały oficjalnymi dostawcami cateringu dla Europy. Wołowina, drób i etanol popłyną do nas rzeką szerszą niż Amazonka. Dla ich gospodarek to zastrzyk gotówki tak duży, że nawet Neymar mógłby pozazdrościć pensji.
Państwa Południa wynegocjowały ochronę swoich skarbów. Jeśli pijesz Prosecco w Buenos Aires, to ma być prawdziwe Prosecco, a nie „napój bąbelkowy od wujka Pedro”. Ich sery i oliwy zyskały status VIP, co oznacza, że latynoscy fani premium będą płacić za nie jak za zboże (które zresztą sami nam wyślą).
Po drugiej stronie mamy kraje, które czują, że właśnie zaproszono je na obiad, na którym same są głównym daniem. Polscy producenci kurczaków i francuscy hodowcy krów patrzą na tę umowę z takim entuzjazmem, z jakim indyk patrzy na kalendarz przed Świętem Dziękczynienia. Stają do walki z gigantami, którzy mają więcej pastwisk niż my mamy chodników. To trochę jak walka lokalnego warzywniaka z Amazonem – niby można, ale po co te nerwy?
Europejski rolnik musi dbać o dobrostan każdej kury, liczyć ślad węglowy każdej krowy i stosować nawozy tak delikatne, że można by je dodawać do herbaty (Zielony Ład, wiadomo). Tymczasem konkurencja zza oceanu operuje na zasadzie „więcej, szybciej, taniej”. To jakbyś próbował wygrać wyścig F1 ekologicznym rowerem cargo, podczas gdy rywal jedzie bolidem na paliwo rakietowe.
Ostatecznie sprawa rozbija się o trzy pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi, ale wszyscy o nie krzyczą:
Czy wolimy mieć taniego steka z Brazylii, czy lokalnego rolnika, który jeszcze pamięta nasze imię? Czy unijne ambicje klimatyczne kończą się tam, gdzie zaczynają się zniżki na niemieckie koparki?
Czy Europa jest gotowa zamienić swoją suwerenność żywnościową na dominację w produkcji pralek i oprogramowania?
Umowa Mercosur to taki układ, w którym Europa dostaje tańsze wakacje i drogie auta, ale w zamian może zapomnieć, jak wygląda prawdziwy wiejski kurnik. Czas zapiąć pasy – nadchodzi gospodarcze tango, w którym niektórzy depczą innym po palcach!
Mercosur 9 stycznia 2026 r. Europa i Ameryka Południowa oficjalnie „zmatchowały się” na gospodarczym Tinderze. Po 20 latach podchodów, wysyłania dwuznacznych sygnałów i kłótni o to, kto płaci za kolację, umowa Mercosur została podpisana. Mapa gospodarcza świata właśnie została przerysowana, a niektórzy czują się, jakby dostali nową zabawkę, podczas gdy inni – jakby właśnie kazano im biegać maraton w klapka W Berlinie strzelają korki od Rieslinga. Niemieckie auta, maszyny i chemikalia wjeżdżają do Ameryki Południowej bez 35-procentowego cła. Teraz każdy gauczo na pampie będzie mógł zajechać pod dom nowiutkim Mercedesem, żeby sprawdzić, czy jego krowy są szczęśliwe. To strategiczny sukces Berlina – eksportują technologię tak chętnie, jakby jutra miało nie być. Brazylia i Argentyna właśnie zostały oficjalnymi dostawcami cateringu dla Europy. Wołowina, drób i etanol popłyną do nas rzeką szerszą niż Amazonka. Dla ich gospodarek to zastrzyk gotówki tak duży, że nawet Neymar mógłby pozazdrościć pensji. Państwa Południa wynegocjowały ochronę swoich skarbów. Jeśli pijesz Prosecco w Buenos Aires, to ma być prawdziwe Prosecco, a nie „napój bąbelkowy od wujka Pedro”. Ich sery i oliwy zyskały status VIP, co oznacza, że latynoscy fani premium będą płacić za nie jak za zboże (które zresztą sami nam wyślą). Po drugiej stronie mamy kraje, które czują, że właśnie zaproszono je na obiad, na którym same są głównym daniem. Polscy producenci kurczaków i francuscy hodowcy krów patrzą na tę umowę z takim entuzjazmem, z jakim indyk patrzy na kalendarz przed Świętem Dziękczynienia. Stają do walki z gigantami, którzy mają więcej pastwisk niż my mamy chodników. To trochę jak walka lokalnego warzywniaka z Amazonem – niby można, ale po co te nerwy? Europejski rolnik musi dbać o dobrostan każdej kury, liczyć ślad węglowy każdej krowy i stosować nawozy tak delikatne, że można by je dodawać do herbaty (Zielony Ład, wiadomo). Tymczasem konkurencja zza oceanu operuje na zasadzie „więcej, szybciej, taniej”. To jakbyś próbował wygrać wyścig F1 ekologicznym rowerem cargo, podczas gdy rywal jedzie bolidem na paliwo rakietowe. Ostatecznie sprawa rozbija się o trzy pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi, ale wszyscy o nie krzyczą: Czy wolimy mieć taniego steka z Brazylii, czy lokalnego rolnika, który jeszcze pamięta nasze imię? Czy unijne ambicje klimatyczne kończą się tam, gdzie zaczynają się zniżki na niemieckie koparki? Czy Europa jest gotowa zamienić swoją suwerenność żywnościową na dominację w produkcji pralek i oprogramowania? Umowa Mercosur to taki układ, w którym Europa dostaje tańsze wakacje i drogie auta, ale w zamian może zapomnieć, jak wygląda prawdziwy wiejski kurnik. Czas zapiąć pasy – nadchodzi gospodarcze tango, w którym niektórzy depczą innym po palcach!
0 Komentarze 0 Udostępnienia 2KB Wyświetlenia 0 Opinie
Sponsorowane
Portal dla Rolników, Ogrodników ludzi ceniących Piękno Przyrody. Zapraszamy - Agrobiz.pl https://agrobiz.pl